Ink.
Placeholder. Demo chapter — autorska wersja zastąpi ten tekst.

Rozdział 2

Archiwum

· Forbidden Suns

Statek ma sektory, których nie ma w manifeście. Wiesz to, bo od dwustu lat (siedmiu twoich obudzeń) liczyłeś korytarze i drzwi, a liczba drzwi nigdy się nie zgadza z liczbą w manifeście. Narrator tłumaczy ci za każdym razem cierpliwie, że to błąd zaokrąglenia, że niektóre drzwi prowadzą do siebie samych, że ludzkie liczenie zawodzi na statku, który ma czterdzieści dwa pokłady i wiek geologiczny.

Ale dzisiaj — to znaczy w tym dwudniowym oknie, które Narrator dał ci między zadaniami — znajdujesz drzwi w sektorze D-9, których wcześniej tam nie było.

Otwierają się dotykiem twojej dłoni. Statek zna twój DNA i czasem otwiera ci rzeczy, o których nie wiedziałeś, że masz prawo wiedzieć. Wchodzisz.

Pomieszczenie jest długie. Półki sięgają od podłogi do sufitu. Na półkach leżą przedmioty, których nigdy nie widziałeś, ale które rozpoznajesz, bo coś w tobie pamięta. Stara księga oprawiona w skórę. Kawałek tkaniny w kolorze, którego nikt już nie produkuje. Kamień obrobiony w kształt, którego współczesna fabryka nie zrobiłaby — za dużo niedoskonałości, za mało ekonomii.

W szklanej gablocie, w samym środku pomieszczenia, leży zbroja. Niekompletna. Napierśnik, naramienniki, hełm. Rdzawa w miejscach, których człowiek od zbroi nie potrafi wyczyścić — łokcie, wewnętrzne strony naramienników, wgłębienia hełmu. Pod gablotą widać karteczkę. Czytasz:

Część archiwum kulturowego, Klasa C-7. Pochodzenie: kontynent europejski, epoka żelaza, datowanie 1247–1289 ery przed-statkowej. Brakuje: jedna rękawica.

Obok gabloty, na osobnej półce, leży rdzawa rękawica. Sama.

Nie ma karteczki. Nie ma daty. Ktoś ją tu położył, niedawno, bo kurz wokół niej jest świeższy niż na półkach. Bierzesz ją do ręki. Pasuje. Twoja dłoń wsuwa się w nią, jakby ją robiono pod ciebie, choć rękawica ma siedem tysięcy lat i właściciel umarł w lesie w jesieni, której nie pamiętasz.

Głos Narratora dochodzi tu, choć nie powinno być tu głośnika. Sprawdzasz sufit. Nie ma głośnika.

— Co to za miejsce?

— Kto wybrał, co zachować?

Pomieszczenie milknie. Półki wydają się dłuższe, niż były minutę temu. Liczysz kroki w stronę drzwi i wychodzi ich więcej, niż wszedłeś. Statek nie zawsze gra fair z geometrią — Narrator nazywa to „elastycznością przestrzenną”, ty zacząłeś nazywać to inaczej.

Wracasz do kabiny z rękawicą na dłoni. Zdejmujesz ją dopiero przed snem. Kładziesz na półce obok łóżka. Rdza nie pobrudzi pościeli, bo rdza w tej rękawicy jest stara i zaschnięta, jak wszystko, co pochodzi z miejsc, których nigdy nie widziałeś.

Tej nocy śnisz po raz pierwszy od stu pięćdziesięciu lat. Śnisz las. W lesie idzie chłopiec, nie więcej niż dwunastoletni, niesie zbroję zwiniętą w niedźwiedzią skórę. Ma kuszę za pasem i cień, który pada nieco za długo.

Budzisz się i nie wiesz, dlaczego ten sen wydaje ci się bardziej prawdziwy niż statek, na którym leżysz.


Narrator wybiera, co trafia do archiwum. Czasem wybiera dobrze. Czasem wybiera rzeczy, które mają coś z grą wspólnego — choć tego ci nie powie. Trzeba mieć materiały.