Rozdział 1
Rdzawa zbroja
· Forbidden Suns
Las pamiętał więcej niż ludzie i nie zamierzał się tym dzielić. Liście opadały leniwie, każdy z osobna, jakby drzewa odpuszczały je niechętnie. Konie nie lubiły takich miejsc — szły z głowami pochylonymi, a kopyta zapadały się w wilgotną ziemię o jeden palec za głęboko.
Rycerz miał na imię Walerian z Brzeskiej i nie wiedział jeszcze, że za kilka chwil straci je tak samo, jak liście tracą barwę: bez ostrzeżenia, bez sensu, bez gestu pożegnania. Jego zbroja, niegdyś biała, teraz pokryta była rdzą w miejscach, do których nie sięgał szmatką. Łokcie. Wewnętrzna strona naramienników. Te niewielkie wgłębienia w hełmie, gdzie potem mieszał się z wilgocią. Tam, gdzie rdza zaczyna, świat ją kończy.
Chłopiec wyszedł zza brzozy tak naturalnie, jakby tam stał od początku. Może stał. Miał najwyżej dwanaście lat i nogi za chude do roli, którą za chwilę odegrał. W ręku trzymał kuszę — małą, dziecięcą, ale to nie miało znaczenia, bo bełt nie wiedział, kto go wystrzelił.
— Pan rycerz — powiedział chłopiec, i był to dziwny ton. Bez strachu, bez agresji. Tonem, jakim się zwraca do starszego brata, który zapomniał czegoś w polu.
Walerian zatrzymał konia. Latami uczono go, że na takie głosy się odpowiada, że honor wymaga rozmowy nawet z tymi, którzy nie powinni stać między tobą a drogą. Honor miał wiele takich wymagań i wszystkie kosztowały drogo.
— Co, mały?
Bełt trafił w szparę między napierśnikiem a naramiennikiem. Tam, gdzie skóra rzemienia pęka, gdy nikt nie patrzy. Tam, gdzie rdza już zaczęła swoją robotę. Walerian z Brzeskiej spadł z konia, zanim zdążył się zastanowić, dlaczego dwunastoletni chłopiec mówi do niego głosem człowieka, który już to robił.
Las nie zareagował. Liście opadały dalej, w tym samym tempie, jak gdyby śmierć rycerza była zdarzeniem mniejszej rangi niż przejście jesieni.
Chłopiec podszedł spokojnie. Ściągnął rękawicę. Zdjął napierśnik. Naramienniki. Robił to z wprawą, która nie należała do jego wieku. Zostawił hełm — był za ciężki, a chłopiec znał swoją skalę. Zbroję zwinął w niedźwiedzią skórę, którą wyciągnął zza pnia, gdzie najwyraźniej leżała przygotowana wcześniej.
Konia puścił wolno. Koń poszedł w stronę wsi, jak idą konie, które nie mają pana.
Kiedy chłopiec odchodził, jego cień padał nieco za długo na opadłe liście — jakby ktoś inny szedł obok, niewidoczny, i niósł te same rzeczy. Ale las pamiętał i takie szczegóły, więc nikt nie pytał.
Zbroja Waleriana z Brzeskiej trafi później do kowala w Targowicach Małych. Kowal odda ją skupowi za pół ceny, bo rdza dotarła już zbyt daleko. Skup sprzeda dalej. Zbroja pojawi się ponownie, w innej historii, na innym ramieniu, i nikt nie będzie pamiętał, czyje życie zostawiła w jesiennym lesie. Tylko jedna część przepadnie po drodze — rękawica. Tylko ją chłopiec zatrzyma.