Rozdział 2
Wody uzdrawiające
· Forbidden Suns
Jesienne słońce rzucało wyblakłe światło na drogę, a cienie szły obok starca jak psy, które nie chcą wracać do domu. Koń był stary, jeździec jeszcze starszy. Twarz Edmunda miała wszystkie te bruzdy, które zostawiają trzy dekady wojen, dwie dekady spokoju i jedna noc, w której córka przestała wstawać z łóżka.
O wsi w górach mówili szeptem. Że jest, ale jej nie ma na mapach. Że woda tam leczy, ale nie wszystko. Edmund nie pytał, czego nie leczy. Pytał tylko, jak tam dojechać.
Wieś przyjęła go ciszą i światłem z karczmy. W środku trwało wesele — skromne, wiejskie, jakich tysiące, tyle że nikt się nie śmiał głośno. Zaproszono go do stołu, podano gleznę piwa. Edmund podziękował i odmówił, tłumacząc, że ma rano długą drogę. Zamówił chleb i ser, wziął klucz, poszedł na górę.
Hałas z dołu trwał do późna, aż nagle nie. Cisza spadła jak ktoś, kto wpadł w studnię — bez krzyku, bez plusku. Edmund zasypiał z tą ciszą w uszach i z myślą, że coś tu jest źle policzone, ale córka leżała w domu i nie miał już ile się myli.
Rano wieś chodziła szybciej, niż powinna. Patrzyli na niego krzywym okiem, jak na obcego, który widział coś, czego nie powinien zobaczyć. Edmund poszedł do starego wójta, który siedział pod chylącym się dachem i nie miał już sił go reperować.
— Wody uzdrawiają — powiedział wójt, wskazując ścieżkę między drzewami. Zakaszlał, długo. — Ale są też mocne. Strzeż się.
Edmund podziękował i poszedł.
Źródło leżało w gaju, którego drzewa stały zbyt równo, jak na drzewa, które same urosły. Woda była ciemna i spokojna. Edmund napełnił bukłak. Trzęsły mu się ręce, ale córka leżała w domu i to wystarczyło. Wrócił do konia. Pojechał.
Córka piła wodę powoli. Po pierwszym łyku otworzyła oczy. Po dziesiątym usiadła. Po dwudziestym wstała, a Edmund płakał z radości, której nie mieścił już w sobie. Tylko gdzieś za radością siedział cień, którego nie potrafił nazwać.
Pierwsza noc po powrocie przyniosła sen. Postać w czarnej zbroi, twarz w cieniu, mówiła w języku, którego Edmund nie znał, ale rozumiał każde słowo. Sen wrócił następnej nocy. I następnej.
Tygodnie mijały. Córka jadła, biegała, śmiała się. Edmund tracił sen, potem apetyt, potem słowa. Ostre myśli rozmywały się jak atrament na mokrym papierze. Lustro w sieni zaczęło pokazywać kogoś, kogo Edmund nie poznawał, choć rysy były jego.
Kiedy leżał na łożu śmierci, córka trzymała go za rękę i miała oczy żywe jak rzeka. Edmund uśmiechnął się. Cena była uczciwa, pomyślał, choć nikt z nim o niej nie negocjował. Tak to w tym świecie szło — wody uzdrawiały, ale nie cię.
Wójt Targowic Wielkich pamiętał, że młodzi z karczmy nie wrócili tamtej nocy. Wesele trwało, dopóki dawano. Nikt nie liczył gości — woda była mocna i mocna była gotowa wziąć tyle, ile się dało.