Rozdział 3
Ziołolecznicy w popiele
· Forbidden Suns
Ola miała ręce człowieka, który grzebał w ziemi częściej niż w innych ludziach. Brudne paznokcie, blizny po pokrzywach, kciuk lewej dłoni krzywy od dawnego pęknięcia, które źle się zrosło. Wedle wszystkich zasad świata nie powinna być tu, na pogorzelisku, ze swoim partnerem Cyrylem, który patrzył na popiół i milczał.
Wioska, do której szli z workiem suszonej dziewanny i przepisem na maść od wójta, przestała istnieć. Nie wiedzieli kiedy. Wczoraj? Trzy dni temu? Niektóre belki jeszcze parowały, inne były już zimne. Czas po pożarach nie chodzi prosto.
— Najazd — powiedział Cyryl. Powiedział to bez przekonania, bo pierwsza rzecz, jaką widzi się na pogorzelisku po najeździe, to nieuporządkowane ciała wieśniaków. Tu nie było ciał. Były napastnicy. Leżeli równo, jak kolumny w księdze, każdy z tym samym wyrazem twarzy — zaskoczeniem.
Ola uklękła przy najbliższym. Otworzył oczy w chwili śmierci tak szeroko, że można było czytać w nich pytanie, na które nikt już nie odpowie. Żadnej rany. Żadnego śladu walki. Mężczyzna w skórach raidera leżał, jakby się zdrzemnął i zapomniał wrócić.
— Mór? — spytała.
Cyryl pokręcił głową. — Mór nie zabija w kilka sekund. Patrz na ich dłonie — zaciśnięte. Coś widzieli, zanim padli.
Przeszli przez ruiny powoli, jak ludzie, którzy znają cenę pośpiechu w nieznanym miejscu. Studnia była nienaruszona. Spichlerz spalony do fundamentów, ale ślady wskazywały, że ktoś palił go po — nie podczas — napadu. Coś, co przyszło, posprzątało po raiderach, a potem zatarło dowody. Niedokładnie.
W rogu placu, na popielisku które kiedyś było karczmą, leżała zbroja.
Ola podeszła pierwsza. Napierśnik, naramienniki, hełm. Rdza w miejscach, w których rdza zwykła być — łokcie, wewnętrzne strony naramienników, wgłębienia hełmu. Ale ta zbroja nie powinna tu być. Nie należała do żadnego ze zwłok. Leżała oddzielnie, jak rzecz pozostawiona dla tego, kto przyjdzie później.
— Czyja to? — spytał Cyryl.
— Niczyja teraz. — Ola dotknęła hełmu palcem. Skóra rzemienia, którym hełm wiązano, była zerwana, nie przecięta. — Ktoś ją tu przyniósł. Ale brak rękawicy.
Spojrzeli na siebie. Cyryl wzruszył ramionami w sposób, który u niego oznaczał, że ma teorię, ale nie chce jej wypowiedzieć przed czasem. Ola zwinęła zbroję w płótno. Ważyła mniej niż powinna — albo ona stawała się silniejsza ostatnio. Tego też nie chciała mierzyć.
— Sprzedamy w Targowicach Małych — powiedział Cyryl. — Kowal Stanisław da uczciwą cenę.
— Co zabiło raiderów? — spytała Ola.
Cyryl milczał chwilę. Potem powiedział zdanie, którego sam się nie spodziewał, ale które wypadło mu z ust z taką pewnością, że oboje wiedzieli, że je zapamiętają:
— Coś, co nie chce, żebyśmy żyli w spokoju. Ale chwilowo woli nas niż ich.
Słońce schodziło. Las wokół ruin stał równo, równiej niż lasy zwykle stoją. Ola i Cyryl wyszli spomiędzy drzew z workiem suszonej dziewanny, z przepisem na maść, którego nigdy nie przekazali, i ze zbroją, która już raz zabiła i miała w sobie wystarczająco wiele, żeby zabić jeszcze raz.
W Targowicach Małych kowal Stanisław dał za zbroję cztery srebrne. Wziął ją, choć rdza była za daleko. Powiedział, że ją sobie zachowa, choć nikomu nie tłumaczył dlaczego. Stanisław miał syna, który niedawno wrócił z lasu z kuszą i nie chciał o tym mówić.